Zaznacz stronę

Polska i Polacy oczami Ukraińca. “Pierwszy szok kulturowy to… komunikacja miejska” [ROZMOWA]

Lip 17, 2019 | 0 komentarzy

Kilka lat temu Dima Garbowski postanowił wraz z żoną i 3-letnią córką opuścić rodzinny Kijów, by zacząć nowe życie w Polsce. Przygody związane z emigracją opisał w książce “Polak z Ukrainy”. O powodach swojej decyzji, a także o szoku kulturowym, jaki przeżywa ukraiński imigrant po przylocie do Warszawy, Dima opowiedział w rozmowie z dziennik.pl

Anna Sobańda: Piszesz w swojej książce, że Ukraińcy odbierają Polaków jako wyluzowanych. Naprawdę?

Dima Garbowski: Tak, postrzegamy was jako spokojnych, niestresujących się drobnymi rzeczami

To dość zaskakujące, bo my sami tak siebie nie widzimy

Myślę, że wynika to z faktu, iż na Ukrainie, a zwłaszcza w Kijowie, tempo życia jest znacznie szybsze niż tutaj. W Kijowie wszystko nieustannie się zmienia – ceny, polityka, ekonomia. Przed naszym wyjazdem w ciągu pół roku zamknęło się 80 banków. Ludzie mieli tam swoje oszczędności i nagle, bez żadnego uprzedzenia utracili dostęp do własnych pieniędzy. Takich niespodziewanych zmian jest bardzo dużo. Na Ukrainie trzeba działać szybko, szybko podejmować decyzje, szczególnie w biznesie i życiu zawodowym. Ludzie muszą pędzić, bo inaczej się nie uda. Takie podejście przekłada się też na inne aspekty życia. Tymczasem w Warszawie, z naszej perspektywy, jest spokojnie i stabilnie, a mieszkańcy są wyluzowani.

Przed przyjazdem do Polski, całkiem nieźle radziliście sobie z żoną w Kijowie. Mieliście własną, dobrze prosperującą firmę. Dlaczego więc postanowiliście sprzedać swój biznes, porzucić wszystko i wyemigrować do Warszawy?

Ta decyzja była dwutorowa – najpierw zdecydowaliśmy, że wyjeżdżamy, a dopiero później zdecydowaliśmy dokąd.

To zacznijmy od tego, co skłoniło was do emigracji?

Chcieliśmy przenieść się do spokojniejszego, bardziej stabilnego kraju, w którym można planować swoje życie i swój biznes. Prowadząc własną firmę w Kijowie, w ciągu 6 lat musieliśmy zmierzyć się z wieloma zmianami. Na szczęście udało nam się pokonać wszystkie kryzysy, jednak w pewnym momencie pomyśleliśmy, że chcemy znaleźć spokojniejsze miejsce, gdzie nie ma wojny, nie ma tylu niespodziewanych zmian, nie ma korupcji itd. Ta niepewność jutra zaczęła nas męczyć, chcieliśmy bardziej stabilnego i przewidywalnego życia.

A dlaczego Polska? Z tego co piszesz w książce, na początku na liście krajów mieliście Kanadę i Australię.

Podejmując decyzję o przeprowadzce, mogliśmy przenieść się właściwie do jakiegokolwiek kraju. Zależało nam jednak na tym, żeby łatwo i szybko zaadaptować się w nowym miejscu, dlatego braliśmy pod uwagę państwa bliskie nam kulturowo. Polska kultura jest podobna do ukraińskiej, ponadto jesteśmy sąsiadami, więc łatwiej zachować kontakty z przyjaciółmi i rodziną. Nasi rodzice i kilkoro przyjaciół już nas tu odwiedziło. Gdybyśmy mieszkali w Australii, z pewnością byłoby to niemożliwe. Dla nas ważne było to, że Polska to spokojny, stabilny kraj z chrześcijańskimi tradycjami. Sami jesteśmy wierzący, więc zwracaliśmy na to uwagę, bowiem w kraju z zupełnie inną religią z pewnością trudniej byłoby nam się zaadaptować.

W książce piszesz także, że jednym w powodów dla których wyemigrowaliście z Ukrainy, są tamtejsze ceny w sklepach

Na Ukrainie ceny są bardzo uzależnione od kursu walut. Był taki czas, że dolar kosztował 8 hrywien i w bardzo krótkim terminie jego cena wzrosła do 26 hrywien. Ceny w sklepach zmieniły się w ciągu jednego dnia. Kiełbasa była po 20 hrywien, a nagle zaczęła kosztować 60. Pensje i emerytury jednak nie wzrosły. Pamiętam taką sytuację z czasów, gdy prowadziliśmy firmę: Rano przyjęliśmy opłaty od klientów zgodnie z kursem 26 hrywien za dolara, a dwie godziny później okazało się, że dolar kosztuje już 43 hrywny. W ręku miałem pieniądze od klientów za 26 hrywien, a wieczorem miałem zapłacić dostawcom po kursie za 43. Zrobiliśmy więc ze wspólnikiem naradę i ustaliliśmy, że poczekamy, bo może kurs spadnie. Na szczęście tak się stało i prawie nic wówczas nie straciliśmy. To było jednak bardzo stresujące, a tak wygląda rzeczywistość właścicieli firm na Ukrainie. Sytuacja zmienia się błyskawicznie, masz ciągłe poczucie niepewności jutra.

Dla właścicieli firm to prawdziwy koszmar, ale z tego co piszesz, ceny w klepach są tak wysokie, że dla każdego Ukraińca wyprawa po zakupy żywnościowe to dość stresująca sytuacja

Żeby lepiej zobrazować ceny w sklepach wyjaśnię, że średnie wynagrodzenie na Ukrainie to ok. 3000 hrywien (przynajmniej są ludzie którzy zarabiają 3000), w Polsce zaś to ok. 3000 złotych. Możemy więc przyjąć, że ceny w hrywnach są odpowiednikami cen w złotówkach. I tak kilogram łososia w Polsce można kupić za ok. 50 zł, na Ukrainie zaś trzeba zapłacić blisko 600 hrywien. Kostka masła kosztuje 30 hrywien, mleko 20, a za kilogram piersi z kurczaka trzeba zapłacić 83 hrywny.

Domyślam się więc, że ceny w Polsce okazały się dla was pozytywną odmianą. A co było dla was największym zaskoczeniem po wylądowaniu w Warszawie?

Pierwszy szok kulturowy to… komunikacja miejska. To niesamowite, że w Polsce są rozkłady jazdy, a autobusy i tramwaje przyjeżdżają na czas. Kolejnym zaskoczeniem było to, jak szybko jeżdżą wasze autobusy. W Kijowie nie jeździłem tak szybko samochodem, jak tutaj pędzą autobusy. Do tej pory nie możemy się też przyzwyczaić do przycisków w windzie i tego, że 1 piętro to nie parter. W języku rosyjskim i ukraińskim etaż, czyli odpowiednik polskiego piętra nie oznacza, że coś jest nabudowane, to po prostu poziom, więc parter, to po prostu 1 etaż.

Kiedy czytałam twoją książkę, rozbawiła mnie historia o odstraszaczu bezpańskich psów. Co to takiego?

To jest takie małe urządzenie wielkości twojego dyktafonu, które po włączeniu emituje bardzo wysoki dźwięk, którego nie znoszą psy. Dla człowieka on jest słyszalny, ale dla psa jest nie do zniesienia, dlatego one natychmiast uciekają.

Na Ukrainie to niezbędny gadżet?

Zdecydowanie tak. Może nie w centrum miasta, ale już kiedy wybieraliśmy się z dzieckiem na spacer na łono przyrody, to musieliśmy mieć go ze sobą, bowiem bezpańskie psy potrafią być agresywne. Zdarza się, że i w mieście niepokoją ludzi, więc to naprawdę przydatny gadżet, dlatego zabrałem go ze sobą do Polski. Tu jednak okazał się zupełnie zbędny.

Jest coś, co was w Polsce rozczarowało?

Może nie rozczarowało, ale mnie na przykład bardzo irytują leżące na ulicy ulotki z rozebranymi kobietami. Często spacerujemy z dzieckiem, któremu trudno jest wytłumaczyć, dlaczego te panie nie mają ubrań. Ciężko nam też przyzwyczaić się do problemów z parkowaniem w Warszawie. Na Ukrainie bowiem można parkować prawie wszędzie i niewiele jest parkingów płatnych. Tutaj zaś wszędzie się płaci, a w dodatku bardzo trudno jest znaleźć wolne miejsce.

Kiedy przyjechaliście do Polski, wasza córka miała 3 lata. Łatwo odnalazła się w nowym miejscu?

Kiedy wyjeżdżaliśmy, wszyscy mówili nam, że dzieci w tym wieku bardzo łatwo się adaptują, tymczasem nasza Dasza była tą przeprowadzką mocno zestresowana. To nas zaskoczyło. Myślę, że miało to związek z faktem, że ona w Kijowie nie chodziła do przedszkola. W Polsce zaś jednym z warunków uzyskania zezwolenia na pobyt czasowy było zapisanie jej do takiej placówki. Nałożyły się więc na siebie stres związany z pierwszym pójściem do przedszkola oraz kontakt z dziećmi mówiącymi w obcym języku. Przez pierwsze dwa miesiące w ogóle nie chciała mówić po polsku, choć wiedzieliśmy, że rozumie. Później dopiero okazało się, że Dasza bała się, że jak zacznie mówić po polsku, to zapomni rosyjskiego. Ten dziecięcy lęk bardzo ją blokował, ale kiedy wyjaśniliśmy jej, że tak się nie stanie, przełamała się i teraz radzi sobie świetnie.

Przyjechaliście do Polski z zamiarem zostania tu na stałe, czy planujecie kolejną emigrację?

Podejmując decyzję o wyjeździe wiedzieliśmy, że chcemy znaleźć miejsce, w którym osiądziemy na stałe. Chcemy więc tu zostać

Zdarzało wam się żałować decyzji o emigracji?

Nie. Choć były momenty, w których było nam bardzo ciężko. Kiedy przez przedłużające się urzędnicze procedury nie mogliśmy podjąć żadnej pracy, a kończyły nam się pieniądze, byliśmy podłamani. Pamiętam sytuację, że mieliśmy ostatnie 50 złotych w portfelu i żadnej perspektywy na zarobienie w najbliższym czasie jakichkolwiek pieniędzy. Próbowałem nawet zatrudnić się na czarno, ale nikt nie chciał dać mi pracy. Pomogli nam wówczas znajomi, ale to był bardzo trudny czas. Wiedzieliśmy jednak, że to są przejściowe problemy i jak tylko otrzymamy pozwolenie na pobyt stały, będę mógł znaleźć jakąś pracę.

Jak jesteście odbierani przez Polaków?

Bardzo pozytywnie. Na żywo ani razu nie zdarzyło nam się spotkać z wrogością. Bardzo dobrze zostaliśmy przyjęci w przedszkolach, mieliśmy dobre relacje z innymi rodzicami. Jedyne negatywne komentarze, z jakimi się spotykamy, pojawiają się w Internecie. Prowadzimy bowiem swój kanał na YouTube, w którym opowiadamy o naszym życiu w Polsce i tam zdarza się, że ktoś napisze coś niemiłego.

Co piszą?

Głównie są to hasła typu „nie chcemy was w Polsce”, „jesteście banderowcami” itp. Ci ludzie nie wiedzą jednak, do kogo to piszą. Wołyń jest dla Polaków bardzo drażliwym tematem, ale ja pochodzę z polskiej rodziny. Takie rodziny, jak moja, były wówczas mordowane. Rodzice mojego ojca mieszkali jakieś 50 km na wschód od Wołynia. Zostali wysłani przez komunistów do Kazachstanu tylko z tego powodu, że byli Polakami. Zapewniam więc, że nie jestem banderowcem. Niektórym wystarczy jednak, że mam ukraiński akcent i od razu wypisują takie głupoty.

Za czym tęsknicie?

Przede wszystkim za ludźmi – rodzicami i przyjaciółmi. Tęsknie też za miejscami, które wiążą się ze wspomnieniami. Niestety ani razu od czasu przeprowadzki do Polski nie byliśmy na Ukrainie. Brakuje nam też ukraińskiego jedzenia, niektórych produktów, które ciężko dostać w Polsce

Jakich?

Przede wszystkim pielmieni. Na Ukrainie to jedna z najłatwiej dostępnych i tanich potraw. Kiedy nie masz czasu nic ugotować, najprościej jest kupić pielmieni, każdego na nie stać. W Polsce możemy je dostać tylko w restauracji, ale będzie to miało swoją cenę. Brakuje nam też słonego śledzia z beczki.

A jak oceniacie polską kuchnię?

Bardzo nam smakuje, ale nie jadamy tradycyjnych polskich potraw zbyt często. W domu raczej gotujemy po swojemu.

Czujecie się w Polsce jak w domu?

Jak najbardziej. I tak było od pierwszego dnia. Kiedy wylądowaliśmy w Warszawie, nie mieliśmy tak, jak niektórzy imigranci, że wszystko było obce. To wszystko było nasze, bo podjęliśmy decyzję, że to będzie nasz nowy dom.